Po drodze na Łotwę, taki tam kraik Litwą zwany.
Do Rygi przyjechałam wczoraj rano. Szanowny Łotysz dzwoniąc jakieś 2 godz przed moim przyjazdem powiedział, że w ogóle w nocy nie spał, jeszcze nie wrócił do domu i poczeka na mnie na dworcu. W nagłym przypływie współczucia powiedziałam, że w takim razie mogę przyjechać autobusem, a on niech wraca do domu – co okazało się niestety głupie. Otóż mądra Katarzyna (popytałam ludzi, dotarłam na przystanek) chcąc kupić bilet zreflektowała się, że nie ma żadnych łotewskich pieniędzy. Ba, nie miała nawet polskich coby je wymienić, natomiast kartą za bilet autobusowy zapłacić nie mogłam. No i pizda, siedziałam z 40 minut na stacji autobusowej, próbowałam zadzwonić, ale w telefonie gadali coś po łotewsku. Jedna uprzejma kobietka dała mi zadzwonić, ale niestety już się łączyłam, kiedy przyjechał jej autobus i musiała spierdalać. No i klops. Pozbierałam się w sobie i pojechałam na gapę. Nie miałam za bardzo wyboru, stwierdziłam, że będę udawać, że nie wiem o co chodzi ewentualnym kontrolerom. A mobilna za bardzo nie byłam z tymi bagażami, więc ani im zwiać, ani maszerować pieszo. Ale udało mi się dojechać i dotrzeć pod adres z karteczki. Juhuu. Powitanie, wymiana uprzejmości, potem prysznic, a następnie ku obopólnemu zadowoleniu…. Poszliśmy spać. Taki to ze mnie śpiący couchsurfer. Ale no halo, byłam po 11-godzinnym posiedzeniu w autobusie. Wstaliśmy po 16:0, jakiś ogar i ruszyliśmy na spacer po Rydze. Otóż, panie i panowie, zostałam tym miastem oczarowana. Naprawdę. Jest piękne.
No i zrobiłam odprawę on-line. Zawsze mam wrażenie, że coś spierniczę i nie polecę przez własną głupotę. Ale dałam radę :D
Łotyszki ładne dziołchy. Łotysze wjeżdżają na masę. Mogłabym tu żyć.
Pamiątka z Rygi musi być. W końcu mam otwieracz do piwa....
Gdzieś w środku Rygi
Panowie uczą mnie brzydkich łotewskich słów.
A ja ich polskich. Okazuje się, że mamy wiele wspólnego. Zwłaszcza, że Łotysze klną po rosyjsku...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz