czwartek, 7 lipca 2011

Dzień II, Warszawa

Na Marszałkowskiej pod parasolem. I z pomidorem w kieszeni. Stolica mokra, szara i dziwna jakaś. Całe szczęście, że Pałac Kultury chowa się we mgle.
Rozglądam się, powoli  zaczynam ogarniać centrum. Nie zginę. Gdyby nie te wielkie bagaże pewnie spożytkowałabym ten czas lepiej. A teraz siedzę bo rąk już nie czuję. Ale w sumie to mi się podoba. Obserwuję, przyswajam.

W ogóle genialnie, że mogłam przenocować u Aśkena! Mruczenie kotów, penisy i  pyszne grzanki. Naprawdę milo. Nawet chyba myślę, że to lepiej, że jadę dopiero dziś. Wczoraj bym się zamęczyła. Zamiast tego przespałam się z Aśkenem, milutko <3 W sumie sen nie był długi, nie mogłyśmy przestać gadać. A potem, haha! Pijany Łotysz dzwoniący o 3 w nocy.  Trajkocze, trajkocze… Ohhh were you sleeping?  - (mój głos zza grobu)nnnoooo…. – Ohh haha, soorrry :0

No dobra, centrum Warszawy. Głośna muzyka, największe hity (w Poznaniu nie grają muzyki na ulicach :O) i napierdalanie młota gdzieś z prawej. Euro 2012 ;] Ale spoko, mózg mi się relaksuje. Po ostatnich miesiącach. Nigdzie się nie spieszę, patrzę jak ludzie łażą w tę i we w tę (tak, sprawdzałam, jak to się pisze huh).  (A gdzie mam się spieszyć kurna, skoro czekam 12 godzin na autobus…? ) No dobra, jeszcze 7,5. Jakoś tak wieje chłodem. Ale mgła zrzedła. Prawie się rozwiała.

Telefon od Łotysza. Już wszystko ogarnął.  Haha, sympatyczny chłoptaś. O, i Szczotek się zbliża J

(Ze Szczotką rozłożyliśmy laptopki (nerdy) w Mc Donaldzie, pokawowaliśmy, Szczotek porobił za tragarza – z tego miejsca bardzo serdecznie pozdrawiam i dziękuję J –  a potem pokulałam się na Złote Tarasy gdzie właśnie siedzę kradnąc neta i prąd.  Jeszcze chwila i będzie można się ruszyć. Jeszcze do sklepu i na autobus. 11 godzin drogi do Rygi.





2 komentarze:

  1. aaa! i nie wspomniałaś o wszechobecnych schodach, poszukiwaniach plecaka i o 'upływie dni 7, które jednak nie upłynęły'
    :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bo po co reklamować własną głupotę Szczotku :P :)

    OdpowiedzUsuń