czwartek, 14 lipca 2011

chyba 13. lipca

Z samochodu pstrykłam.

Miałam nadzieję, że pobyt tutaj mnie czegoś mądrego nauczy. Poza językiem oczywiście. Język to tak naprawdę tyko wymówka. Chciałam uciec i uciekłam. Kolejny raz udowodniłam sobie, że mogę.
Najpierw uciekłam ze Żnina, jeszcze przed studiami, i wyszło mi to na dobre, nawet bardzo. Ryczałam ze złości i zmęczenia, padałam na dzielony z Anią materac i przeklinałam sucze z pracy. Ale na żadne wakacje nad morzem z brzuchem do góry bym tego nie zamieniła. Nie było to przecież nic wielkiego, przecież ludzie dają radę w dużo gorszych warunkach, ale wiele mi to dało. Niezłe ćwiczenie wytrwałości, pokory, odpowiedzialności i zarządzania funduszami (ekhm, ok… do dziś nie wiem czy to potrafię do końca... ha.). W pierwszej pracy nauczyłam się: zamknij mordę, rób co masz robić i nie pokazuj im, że ci ciężko. Tak też robiłam (Miałam 19 lat i nie wiedziałam na co można sobie pozwalać, a na co nie.). Dopiero z Anią pękłyśmy i rozryczałyśmy się obie, kiedy byłyśmy bezdomne (stan ten utrzymywał się 3 dni, a pracy trzeba było chodzić). Pamiętam jak siedziałyśmy wieczorem na ławce na Teatralce, miasto puste, ciemne i my dwie z plecakami. Na szczęście są przyjaciele :) Dostałyśmy więc kwaterę tymczasową. Wiecie jaka w takich warunkach wygodna jest podłoga w kącie przy drzwiach? Luksus.

Zawsze, kiedy myślę tym o sierpniu to się uśmiecham.... Ale to już inna historia. Przybycie na Mostową, sałaki z Tesco i kawa pita ze słoika. I piwo na zapleczu u Przemka, szefa szemranego biznesu, który długo nam nie pociągnął. Stety.

Jestem twardsza. Praca w McDonaldzie to był cud, miód, ...nuggetsy :D Atmosfera to pół sukcesu, nawet nie odczuwa się pracy mocno fizycznie. Chociaż ja i tak byłam przyzwyczajona. Wolałam nawet chodzić do pracy niż na uczelnię, bo uczelni nie ogarniałam od marca chyba, więc bywałam tam raczej tylko ciałem, po czym przychodziłam do domu i leżałam na podłodze, bo jak usiadłam, to nie chciało mi się wstać. Gubię wątek! (A jest jakiś?)

Co nie zabije, to wkurwi i wzmocni, tak więc jeszcze bardziej czułam się mocniejsza. Tylko straszny się ze mnie zrobił dekadent. Chociaż i na to znalazłyśmy z Anią lekarstwo. Czerwone wino na uśpienie niepokoju. Prosta recepta, a jakże skuteczna. Pogadałyśmy, wyrzuciliśmy żale i poszłyśmy spać Rano było już dobrze, nie dość, że weselsze, to jeszcze wyspane.
Długi to był rok i pełen wydarzeń. Ale ludzie zawsze poszukują więcej. Z resztą, gdybym została w Polsce, perspektywy miałabym kiepskie. Jeszcze wakacje jak wakacje, pełen etat w pracy i byłoby OK. Ale nie wyobrażałam sobie zupełnie początku następnego semestru, nie dałabym już rady pracować bo i tak miałam już paskudne zaległości nauce. A za mieszkanie trzeba płacić. Od rodziców ani nic nie chcę, ani nie mam zbyt wiele możliwości. Chyba, że w ostateczności, ale staram się do tego nie dopuścić. Cały rok dawałam radę, teraz zakłułoby mnie to cholernie. Moją dumę. To raz. A dwa poczucie samowystarczalności - nie chcę w żaden sposób być już od nich zależna.

Tak więc po cudownym ogarnięciu sesji (cudownym, bo sama nie wiem jak to zrobiłam, językoznawstwa np. w ogóle nie ogarniałam) przyjechałam na pół roku do Finlandii, z zamiarem spożytkowania tego czasu najlepiej jak potrafię. Czytam w końcu książki, które zalegały na półce cały rok. Śpię w nocy. Jem zdrowo :D Uczę się języka. I cierpliwości. Buduję wieże z klocków, bawię się samochodami, kopię w piasku. O, i spaceruję z psem. To lubię szczególnie. Dłuuugie spacery, cisza, spokój, Finlandia. Jest tak pięknie w koło… Zachód słońca nad rzeką, deszcz w lesie, drogi w świerkowych tunelach. Dominują dwa kolory: niebieskie niebo, czasem poprzetykane muminkowymi chmurami i zieleń w każdym możliwym odcieniu.  Tego się nie da opisać, trzeba stanąć na drodze i rozejrzeć się wkoło. Wczoraj stałam nad rzeką i było mi szkoda, że oglądam ten widok tylko z psem (który właściwie parzył dupą, stał tyłem cały czas…). I pomyślałam, że bardzo chciałabym go komuś pokazać, bo łyso tak patrzeć samemu.



Kilka strzałów z samochodu:




A to piękna chałupka

Rzeka, nad którą mieszkam

4 komentarze:

  1. Nyt muumilaaksoon! ;)

    Podziwiam Cię Kasia. Jesteś cholernie silna.
    Wiele razy też miałam ochotę to wszystko zostawić i wyjechać gdzieś bardzo daleko; ale nie wiem czy w końcu znalazłabym tyle odwagi...
    Nie mam jaj, tej:P
    Jeśli chodzi o pobyt w Poznaniu; również zbyt kolorowo nie było, szczególnie pierwsza połowa roku. Moje życie mniej więcej ustabilizowało się w 2. semestrze; jak długo to wszystko potrwa- zobaczymy; w końcu w życiu potrzebny jest jakiś dramat:P
    Ale dobra, teraz to ja powoli gubię wątek. Trzymaj się tam Suomessa i odpoczywaj, należy Ci się! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Eee, i tak jestem słaboszczak... W wielu kwestiach. Heej, a przetrwać rok na tym uniwersytecie i na tym wydziale to jest wyczyn! I o jakim dramacie mi tu ćwierkasz???? ;> Nie dramatyzuj dużoooo, a jeśli już trzeba, to lepiej później niż wcześniej...
    No odpoczywam!:D Z dzieckiem skaczącym po głowie i krzyczącym w nieznanym języku :D

    Buziaaaki! :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Wytrwała jesteś, jak ja sobie przypomnę, ile nauki było na I roku, to nie wyobrażam sobie, że miałabym jeszcze chodzić do pracy.
    Mało co tak uspokaja, jak fińska natura latem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawe, co będzie zimą.... uh uh
    aaa tam, nic nie wiem o tej nauce, starałam się o niej nie myśleć :P

    OdpowiedzUsuń