Obudziłam się wcześnie rano, godzinę przed budzikiem. Taki mnie przywitał ognisty poranek. Najpierw patrzyłam cała zachwycona, później otworzyłam drzwi balkonu, żeby sprawdzić, czy aby szyba nie kłamie. Dopiero później zaczęłam szukać aparatu, który okazał się umarły, trzeba było więc też znaleźć baterie i ładowarkę (no i odczekać z minutkę). Zanim uporałam się z przeszkodami technicznymi, kolor już trochę zrzedł.
Ale to był piękny poranek. Nadal jest, tyle, że niebo jest już jednolicie szare. Gdybym obudziła się dopiero z budzikiem, nic bym nie wiedziała! Spojrzałabym na szare niebo za oknem, padający deszcz i łysiejące drzewa. Zamknęłabym znów oczy i zniknęła w półśnie.
A kiedy wstałam rano patrząc na to płonące niebo (zdjęcie moim małym aparacikiem tego nie oddaje...), otworzyłam drzwi i poczułam deszcz na własnej skórze, co więcej, dostałam z brzozowego liścia w twarz. Słyszałam też dziwne buczenie, nie wiem czy to była krowa, czy łoś, ale niech będzie, że łoś, jakoś tak lapiej pasuje, no nie? Była to z resztą moja pierwsza myśl, bo krowy buczą chyba inaczej. Ale co ja tam wiem.
To taki poranek, takie przebudzenie, po którym nie wraca się już do łóżka. Normalnie pewnie obudzona budzikiem w szarym pokoju nie miałabym ochoty zwlec się z łóżka i wyłączała budzik co 5 minut przez godzinę, po czym ustawiłabym go na kolejną godzinę później. Po wyczłapaniu się spod kołderki potrzebowałabym kolejnej godziny na ocucenie umysłu, i proszę, byłoby prawie południe. Zleciałoby sporo czasu zupełnie bez sensu, jeszcze spsułoby pewnie pół dnia.
A tak? Żyjemy! Od samego rana planuję, knuję, rozmyślam.
Budzik zadzwonił po kawie, śniadaniu, kilku dobrych piosenkach. Teraz pora na książkę.
Dzień dobry, Suomi! Mówiłam już, że cię uwielbiam?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz